Artykuł zamieszczony na stronie Rodmana: http://www.rodman.most.org.pl/Otryt.htm

Otryt - Opowieść Rodmana

Z napisaniem tekstu o "moich" Bieszczadach nosze się od kilku już lat, a wygląda to w ten sposób, że im dłużej nad tym się zastanawiam , tym zdaję sobie sprawę, iż coraz więcej chciałbym w nim zawrzeć i tym trudniej dzieła się tego jest mi podjąć. Może więc tekst ten powstanie w częściach. Przecież to już tyle lat - od chwili gdy tam zawitałem , jak również od czasu, gdy faktycznie stały się one moim ... spełnionym rajem na Ziemi. Takim na moją formę, ani za wielkim , ani za małym. Moją Mekką, którą jeśli nie odwiedzę kilka razy do roku, to "popadam w stany chorobowe". Nie potrafiłbym tam żyć, a jednocześnie wydaje się że nie mogę się bez nich obejść. Może to efekt "wdrukowania" w moją podświadomość stanów wizyjnych z magicznych łąk ? . Może , ale inne miejsca nie załapały się na takie przełożenie.

No nieważne.

Kilka dni temu wróciłem z tych gór. Na Otrycie obok "3 towarzyszy" Ericha Marii Remarque - bardzo smutna i cholernie na czasie powieść - wpadł mi w ręce "sentymentalny Biuletyn Otrycki" - z jednej strony z relacjami z "zerówki" naszego roku akademickiego, z drugiej ze wspomnieniami Wojciecha Jóźwiaka, wspomnieniami o Olku Łazarskim itd. Coś we mnie drgnęło. Relacja Kasi Kaczmarczyk http://www.otryt.bieszczady.pl/biuletyn/sentym/biulsent.html#zerowka wróciła tamten czas, co pozostało z tego ciągu lat w mojej pamięci ?

Rok 1988 to faktycznie pierwszy rok , gdy trafiłem do Schroniska Otryckiego, jako przyszły student IS-u w Warszawie. Jako adept ... że tak się wyrażę innej ścieżki rozwoju (choćby dlatego że kończyłem prawie całkowicie męskie technikum...) z jednej strony życie studenckie było dla mnie niezwykłym odkryciem - np. ta nagła zmiana nastawienia ... uczeń / student miał pełne prawo kształtowania charakteru dyskusji (!!!) , z drugiej strony głęboką nieufność do tych konformistycznych z gruntu sposobów myślenia "intelektualistów" . A pamiętajmy, że były to czasy Wielkiej Przemiany Systemów Wartości. Jakże świeżo to wtedy wyglądało. No nic , ale prawie darmowy , lub nawet płatny za w sumie symboliczną pracę wyjazd budził we mnie zainteresowanie i po prostu ciekawość. Spędziliśmy tam chyba ze 3 tygodnie..... w strugach deszczu. Miało to tą zaletę, że każdego dnia gdy budziliśmy się, a za oknem wciąż lało to był oczywisty znak - Dziś nie pracujemy !!! - przepisy BHP. W sumie przepracowaliśmy może z 8 dniówek. Natomiast sam pobyt, był dla mnie doświadczeniem naprawdę nowym. I znowu z jednej strony bardzo ciekawym ... zaczęło się przecież od wykładów Henryka Kliszko do przyszłych studentów ... i dysput takich było kilka. Wtedy nawet nie za bardzo wiedziałem, jak się w tej przestrzeni wymiany myśli poruszać, z drugiej ten odczuwalny podział ról na "starych otrytczyków" i "nieświadomych młodych" , jakby z gruntu podział ról, budził moją otarta niechęć. Sprawiało to wrażenie jakiegoś zamkniętego kółka, do którego można się było dopisać bądź odpaść. Wybrałem to drugie ... w połowie obozu ... za zgodą prowadzącej tą eskapadę Izy Gutowskiej wyrwałem do W-wy na Róbrege, gdzie wreszcie mogłem się wykąpać ogolić i być wśród tak mi bliskich młodzieżowych outsiderów punkowo- rastafiarianskiej kontestacji. I wróciłem jak nowo narodzony. Znów w góry. Teraz nawet wszystko to wyglądało jaśniej , przejrzyściej. Męczyły mnie te konwencje zachowań grupowych, ale po prostu uświadomiłem sobie wtedy, że ja nie musze już do tego należeć , a jedynie zrobić mam to co do zrobienia mi tam pozostaje. I było już OK. Pamiętam, że wracałem z gór z wielkim smutkiem. Tym niemniej już potem nie zapisałem się ani do Klubu Otryckiego , co wtedy na naszym roku było powszechne, ani nie wciągnąłem się w ten zwyczaj wyjazdu na Otryt w ramach kultu "flaszki".

W skrócie, było to dość intensywne przeżycie - rację ma Kasia, gdy pisze o znacznych przetasowaniach uczuciowych, ale wg mnie były to mocno płytkie doświadczenia. Potem przyszedł rok akademicki, i dla mnie Otryt , jakby zamarł. Wciąż irytowała mnie kastowość i nieprzejrzystość duchowa tego środowiska, które rozwiązywało podobne dylematy ... otwarciem kolejnej butelki.

Kogo zapamiętałem ? No oczywiście Izę - hm , co tu dużo pisać, Henryka, który próbował nadać obozowi celowy charakter, Olka Kaczorowskiego - tu dialog nie był bez sensu, Karola - który irytował wszystkich niezmiernie, ale który ściąganiem tej zbiorowej na siebie niechęci powoli niejako mimochodem rozpuszczał mój genetyczny wręcz antysemityzm, Malinę z pięknym głosem, właśnie Kasię z tajemniczym uśmiechem i tak wielu, i tak wielu.

Co zapamiętałem ? Wypady po zakupy - bardzo to polubiłem - pozwalało oderwać się to od głupiej dla mnie dyspozycyjności wobec obozowych prac ... które dla mnie były nijakie, rozproszone, i raczej psychicznie męczące .. na zasadzie zrób to, a potem tamto. Jeden taki wypad z gościem w tym schronisku... że też do cholery nie zapamiętałem imienia. Pamiętam jak podchodziliśmy z ciężkimi plecakami z prowiantem na kompletnej bani, na jakimś tanim winie ... ile w tym było poezji i radości. Oczywiście nic się nie zgubiło. Ale gromadnego picia jakoś nie lubiłem. Niejako wypadało dużo mówić .... ja natomiast nie mogłem w tym wychwycić konkretów, a tak "kwieciście mówić" po prostu nie umiałem. Oczywiście "Żubra" , gdzie latały krzesła między pijanymi pilarzami, a my pochyleni nisko nad talerzami z zupą , byliśmy dla nich jak nietykalne pełne nieskażonej niewinności dzieci z "miasta".

Co jeszcze - chodzenie po mleko do Chmiela. Też mi się podobało. Sama praca przy wyrębie - nie. Była tak niskoobrotowa, że wręcz osłabiająca. Przeliczało się przeciekające godziny.

Na dłuższy czas był to koniec z Otrytem.

Po jakimś czasie - jednak wróciłem w Bieszczady, i w toku swej wędrówki z namiotem trafiłem i na Otryt. Pamiętam że chyba trafiłem akurat na "pełen" Otrycki skład. I wtedy postanowiłem ... nijako w to wejść ... na warunkach tych, którzy ten specyficzny klimat tego miejsca jednak tworzą, czyli pić na umór. Wtedy po raz pierwszy w moim życiu i zresztą jedyny ... tak się schlałem. Po prostu to było pójście na całość. Zakończyliśmy jakąś wielką imprezę jako ostatni ... z Izą właśnie. Pewnie jedną z setek takiego kalibru, ani większą , ani mniejszą. Ale dla mnie największa, tak radosną. Pamiętam, gdy wyszedłem ze schroniska ... zupełnie nie mogłem się nadziwić temu zjawisku - jak to jest że cały świat się kołuje, kręci wokoło, a ja mimo wielkiego wysiłku w żaden sposób nie mogę ustać na własnych nogach. Jak to się nazywało ? Przypalanka Maruchy ? Co za shit ... na metry śmierdziało tłustą naftą (na bazie jakże sławnego Royala). Ale procenty miało, a ja miałem za zadanie jakimś cudem dotrzeć do namiotu w połowie drogi do Arturówki. Doszedłem ... na czworaka. Nigdy już potem tak się nie upiłem , ale wtedy doceniłem i do dziś szanuje Ekstatycznego Ducha Flaszki, jaki żyje w tamtym Miejscu. Taką alkoholową ekstazę , trudno gdzie indziej przeżyć. ( nie wiem czy czasami, nie był to tzw. święto Barana) . Wielkim zrządzeniem losu było, że spałem w namiocie ... rzygałem po tym wszystkim jak kot ... a następnego dnia zrozumiałem co to ... szatański kac. Ale nie rozumiałem tej technologii jego anihilacji ... wg recepty Izy ... klinem go. Następnego dnia sama nazwa "alkohol" wywoływala we mnie wymioty.

Mimo że , Ci co mnie znają wiedzą że jestem raczej niechętny Otryckiemu Duchowi Flaszki i zamiany schroniska w czystą "chlejnię" (bo i takie czasy tam były) to jedno muszę stwierdzić ... było w tym coś nieskazitelnie mistycznego, i warto było tego doświadczyć.

Potem Otryt na wiele lat dla mnie zamarł.

Czas "Lenina" w tym schronisku ... był mi mocno daleki. Rozpętanie pijaństwa w tym czasie, jako celu samego w sobie odstręczało mnie od tego miejsca ... mocno zapamiętałem też uwagę Marka Kochana na Wańka Dziale, o jego doświadczeniu gdy kiedyś pojawił się z harcerzami w schronisku ... iż szczelność i władanie "flaszkowej sekty otryckiej" - powiedział to inaczej , ale w tym sensie - czyni to miejsce dla innych po prostu odpychającym. ( nie wiem czy ktoś próbował tam zasnąć bez picia, jeśli każda impreza kończyła się regularnie po 4.00 nad ranem). Poza tym mieliśmy już wtedy Henrykowy Wańka Dział , gdzie żadne kompromisy nie były potrzebne, i właśnie to miejsce dla wielu z nas na wiele lat stało się "kultowym". Tworzyliśmy jego charakter własnymi rękoma ... ale o tym w innej opowieści.

Z "Leninem" wiążą się epizody jego propagandy ekonomicznego skrajnego liberalizmu - co mnie irytowało po prostu - nie dlatego bym był nawet socjalistą; oraz coś co mnie dotknęło już mocno, czyli pogonienia pewnego upalnego letniego dnia ... zastępu harcerzy, biegnących na orientację - wyczerpanych i konających z pragnienia ... po wodę ... do Dwernika, gdy o nią poprosili. Długo potem się tam już nie pokazałem.

W międzyczasie ... z kołowrotu próby adaptacji do ŻYCIA, JAK KAŻDY CZŁOWIEK - wyrwało mnie poczucie absurdalnego bezsensu, że żyjąc tak zdycham już za życia ... monotonna praca po 9-10 godzin dojazd 1,5 godziny, dni wolne tylko by uprać i wyprasować koszule, permanentne poczucie znużenia, wieczór zdychania przed TV, jałowości takiej egzystencji prowadzącej do nikąd. Poprosiłem przełożonego o wcześniejszy urlop, albo wypadnie chyba mi się powiesić, jeśli tak ma wyglądać prawdziwe życie dorosłego mężczyzny . Otrzymałem go. Do tego nałożyła się "sprawa Karola" - znów wiedziałem ... co mam czynić, wiedziałem jak ... i wiedziałem że potrzebna jest mi ku temu energia. Otrzymałem ją od "Istoty Ludzkiej" i tą sprawę udało się wtedy załatać, ze skutkiem jak się okazuje do dziś skutecznym. ( Był to czas już wyraźnego mojego przenikania Innej strony obrazowania naszej egzystencji) Aby jednak zrównoważyć przesunięcia energetyczne, aby nie były szkodliwe potrzebne były "siły natury" . Zimą pojechałem na Otryt. Tak poznałem Janusza z Zabrza -wtedy gospodarza Otrytu. Kilka wieczorów naszych dialogów w służbówce ... otworzyło przed mną nowe horyzonty postrzegania procesów energetycznych przemian. Były to proste zdania, a ja nie mogłem wyjść z podziwu, nad trafnością jego spostrzeżeń. Potem już wiedziałem - tą wiązkę energetyczną, trzeba pozostawić przyrodzie ... Idąc na Wańka Dział grzbietem Otrytu w stanie gorączki szukałem jakichś punktów zaczepienia dla jego słów, po wszystkim się jednak one tylko ześlizgiwały. Aż wreszcie znalazłem wielki wydrążony w środku pień wielkiego drzewa. Wszedłem do środka i tą energię starałem się tam zostawić. Gdy doszedłem do chaty Henryka ... gorączka minęła. Potem już jednak z tej nieświadomie odkrytej przeze mnie techniki przesunięć energetycznych już nigdy nie korzystałem - ale moc tych kilku przegadanych wieczorów w otryckiej służbówce - aby to wszystko ponazywać, do dziś tkwi mi w pamięci.

Gdy przechodziłem tą drogą kolejnego lata ... z pnia tego pozostały jedynie smoliny. Został spalony ... prawdopodobnie przez pilarzy.

Po powrocie ... poprosiłem o ograniczenie liczby godzin pracy. Zrezygnowałem z życia jak każdy Człowiek ...

Z Januszowym gospodarzeniem wiąże się jeszcze inny mój wyjazd w te góry. Był to wspaniały czas babiego lata. Siedzieliśmy jak zwykle sami tj. we trzech . Ja, Janusz i Aleksander Łazarski, w kominkowej w promieniach zachodzącego słońca dyskutując sprawę ... myszy. Co zrobić z myszami ? Których bezczelność jest już taka , że w ciągu dnia potrafią biegać między nogami. Janusz , jako przekonany wegetarianin ... pozostawał wstrzemięźliwy wobec zabijania: no może ewentualnie chwytać w pułapki i znosić na dół. Ja uważałem to za b. mocno nieskuteczne. Wziąć z dołu kota ? Janusz stwierdził, że to po prostu nikt inny jak "płatny zabójca". Aleksander zaś w spokoju opowiadał o tym jak kiedyś jeszcze w Krempnej w Beskidzie Niskim myszy nie zgotowały mu losu Popiela, pożerając wszystko co pożreć się dało. No więc pomyślałem - zabijamy, trudno ... krew "niewinnych istnień" zrosi nasze ręce. Trudno może teraz wyobrazić sobie dramatyzm tej decyzji, ale wtedy było jakoś jasnym , że decydując się na zabijanie myszy, niejako akceptujemy i zabijanie ludzi. No dobra , ale przecież myszom schroniska nie oddamy ? Dziś można by napisać - pewnie Talibom swego domu też nie . Zaczęły trzaskać taśmowo pułapki (zaczęła się masakra mysiej społeczności na Otrycie, potem ich palenie w piecu - pięknych dużych myszek o futrze jak wiewiórki)

I znowu ten wyjazd czegoś mnie nauczył.

Wspomnę tylko jeszcze o południowej "jaskółce" ... miejsce będące niszą nie tylko dla mnie w chwilach , gdy Otryt był mi bliski i gdy byliśmy tam ..... I to opalanie zimą w promieniach wiosennego już słońca na werandzie. W tej ciszy , może szmerze wyschłych traw słyszy się wtedy wręcz przekaz o boskości wszelkiego stworzenia.

Kolejne lata to znowu duchowa obcość do tego miejsca ... czasy Kuby, znowu picie, i wycieczki młodzieży na górę by wytrąbić kolejną flaszkę. Bogaci, biedni, wszyscy w jednym celu. Wjeżdżano już samochodem na grzbiet, byle było łatwiej, byle prościej skuć ryja. Omijałem to miejsce w swych bieszczadzkich wędrówkach, czasami wchodząc na grzbiet ... i ruszając dalej wiedząc co się święci.

I znowu zmiana !

To znowu czasy Wojtka Ciombora, jego brata Antoniego. Otryt znów dla mnie ożył ... mocą niezwykle udanego Warsztatu energetycznego Wojtka Jóźwiaka http://www.rodman.most.org.pl/poducha.htm. Nie będę się już więc o tym rozpisywał. Napiszę więc tylko o roli Wojtka C. w odrodzeniu tego schroniska, o efektywnych wreszcie pracach remontowych, o wielkiej opiece nad tym miejscem jako takim, o gospodarzeniu co się zowie. O uczynieniu tego miejsca chyba przyjaznym chyba już dla wszystkich. O niezwykłej prawości w jakimś najgłębszym sensie tego słowa- całej rodziny , tak nieprzystającej do charakteru naszych czasów, gdzie można Patrzeć , a wciąż nie Widzieć. Jakże wiele razy tam byłem. Polubiłem wejście od Lutowisk, od Dwernika mniej. Jakże często droga na Wańka Dział - na skróty do stokówki, była drogą mojej samotnej kontemplacji, drogą rozważań o sensie selektywnego składowania odpadów, podczas marszu z Aleksandrem, drogą chłonięcia dobrej energii.

Fakt że pojawiam się tam ... gdy nikogo nie ma, zwykle zmęczony widokiem tłumów, wyczerpany hałasem ... chłonąc tylko tą energię leśnej przestrzeni. Ale wiem że Otryt żyje, żyje jak kiedyś ... gdy jesienią tam zawitałem odbywał się tam właśnie prawie dokładnie taki sam obóz zerowy chyba studentów łódzkich ... i wielkie moje deja vu. Znów dyskutują, znów się spierają, znów grają na gitarach, bawią się i śpiewają. Kolejne pokolenie przeżywa tam fragment swojej młodości. Przeżywają swoje miłości, zauroczenia. Czas niesłychanie potrafi tam przyśpieszyć. Czyż nie było i nie jest to pięknym ? Pomyślałem teraz - ludzie się zmieniają, ale miejsce i jego Moc się nie zmienia. Każdego może o coś wzbogacić, czegoś nauczyć. Otryt z tą swoją specyfiką bywa też groźny - niejeden zahaczył tamo próg ewidentnego alkoholizmu, ale gdy nadać temu jakąś rytualno- symboliczną formę to i w tym aspekcie można odkryć piękno. Ale jedno się nie zmienia. Otryt jest czymś specyficznym .... i nie wiem jaki wpływ miał Henryk w latach 70-tych na wybór miejsca, ale osadzenie tam schroniska, w mocnym sensie może uznać za jeden ze swoich Wielkich Czynów Na Rzecz.

Ostatni mój pobyt zakończył się dosłownie kilka dni temu. Znów w nowych okolicznościach życiowych. Znów żegnając stare , witając nowe. Tylko Otryt się nie zmienia w swojej atawistycznej apoteozie drewna, smolnego dymu, blasku świec , eterycznego mroku , żywego ognia w kominku - i wspaniałych pełni Księżyca z rojem gwiazd na niebie w wielkiej skupionej ciszy, lub w porywach huczącego wiatru. A on wciąż jest taki sam. I poczułem , że już nie chce wędrować ... kładąc się z podpartą głową na ramieniu w ciepłej i przytulnej gościówce i przy świecach czytając piękną powieść Remarque, opowieści o ludziach Lodu itd. W takich momentach czas bywa zaczarowany. Po prostu się jest i wreszcie nie trzeba więcej.

Czego również odkrycia w Waszych osobistych już miejscach Mocy Wam Życzę

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
(3 II 2002)



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011